o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Bogdan Płuciennik

 

Życie w systemie komunistycznym – którego młode pokolenie już nie pamięta – nie było zbyt ciekawe. Bezsens tego systemu był szczególnie widoczny dla ludzi, którzy mieli możliwość naocznego porównania warunków życia w krajach o systemie demokratycznym, czyli, jak wówczas się mówiło, w krajach za żelazną kurtyną, w krajach poza wpływami Rosji (wtedy - Związek Radziecki).

Wyjazdy do innych krajów były mocno utrudnione, bowiem paszporty były zawsze zdeponowane przez organa policji (wówczas Milicja Obywatelska – MO) i tylko ten organ decydował czy wydać obywatelowi paszport, czy też sobie na to „nie zasłużył", zatem byliśmy zawsze uzależnieni od kaprysów władzy, która nie musiała uzasadniać powodów swojego postępowania.

Wzburzone fale PRL

My, jako rodzina, radziliśmy sobie stosunkowo dobrze. Mieliśmy świadomość – jak zresztą prawie wszyscy w Polsce – że nie mamy zbyt dużego wpływu na stan „morza", panujące sztormy czy wielkość fali przy silnych wiatrach wiejących z rożnych kierunków (głównie jednak ze Wschodu). Musimy swój okręt (Rodzinę) prowadzić możliwie bezpiecznie, bez zasadniczych zmian kursu i uszkodzeń, przy zmiennych warunkach żeglugowych.

Ja pracowałem w stoczni ze stosunkowo dobrymi zarobkami. Choć była to praca pod dużym napięciem i częstym stresem, lubiłem tę pracę. Następnie pracowałem w firmie handlu zagranicznego. Przez kilka miesięcy pracowałem we Francji, czyli za żelazną kurtyną, co było bardzo korzystne z finansowego punktu widzenia, jak również w sensie poznawczym, bo zobaczyłem jak można żyć w demokracji.

Planując rzymskie wakacje

Mając trochę luźnego grosza postanowiliśmy z żoną, że poczynimy starania o wyjazd turystyczny do Rzymu, polski Papież w Watykanie, warto było to uczcić. Bez specjalnego przekonania na pomyślne załatwienie sprawy złożyliśmy wnioski o paszporty dla całej rodziny. Bomba! Dostaliśmy paszporty z wizą do Włoch. Było to późną wiosną 1981 roku, chyba w tym czasie w gdańskim Biurze Paszportów obywatele traktowani byli już nieco łaskawiej, myślę szczególnie o obywatelach pro solidarnościowych.

Pierwszy raz w życiu mamy paszporty z wizą do kraju zza żelaznej kurtyny i to dla całej rodziny – zaczęliśmy więc mimo woli główkować. Realia były takie, że w Polsce sytuacja była niepewna; jak potoczą się sprawy – czy bratnie armie wejdą czy nie wejdą do Polski? Jak wejdą, jesteśmy straceni na kolejne dekady, poleje się krew, pozostanie życie w marazmie, a co z przyszłością naszych synów? Życie mamy tylko jedno, i tak dalej, i tak dalej…

Wahanie

Mamy paszporty, wizy do wolnego kraju – może to jest jedyna i ostatnia okazja, może już się nie powtórzy? Ruletka jak w Las Vegas. Brak jasnych odpowiedzi, setki pytań „za a nawet przeciw", „są plusy dodatnie i plusy ujemne" jak mawiano. Praktycznie nic nie wiedzieliśmy na temat ewentualnego pozostania poza Polską – nigdy wcześniej tego nie rozważaliśmy, nikt z najbliższej rodziny lub naszych znajomych takich doświadczeń nie miał. Jedynie starszy syn Mareczek któregoś dnia przyniósł wiadomość ze szkoły, że podobno pod Wiedniem jest duży dom i Polacy, którzy nie wracają do Polski mogą tam mieszkać. Dzieci w szkole wiedziały więcej od nas. Ale myślenie to jedna sprawa, a przygotowania do urlopu trzeba było powoli czynić.


Dla czteroosobowej rodziny nie było to takie proste. Przed wyjazdem rozejrzałem się po mieszkaniu. Zabudowany przedpokój, ładna łazienka, piętrowe łóżeczka dla dzieci, telefon (był to cenny nabytek w tych czasach), z balkonu widoczna zagospodarowana działka z krzakami agrestu i rodzącą każdego roku pyszne owoce śliwką węgierką. Żona opiekowała się dziećmi, nie musiała pracować. W pracy spełniałem się, byłem zadowolony, mili znajomi i przyjaciele, żyło nam się stosunkowo dobrze… Tylko co dalej, co będzie się działo w Polsce, jaka będzie przyszłość? Nutka melancholii, którą z nikim się nie dzieliłem szybko minęła, bo przecież w tym momencie jechaliśmy tylko na urlop. Humory nam dopisywały. Klucze zostawiliśmy znakomitej teściowej i tylko ona wiedziała, że gdybyśmy nie wrócili w zaplanowanym terminie, to niech się o nas nie martwi, damy znać.

Podróż w nieznane

I tak 7 czerwca 1981 roku z załadowanym samochodem ruszyliśmy, pierwszy postój zaplanowaliśmy w Częstochowie. Późnym popołudniem podręczne rzeczy zostawiliśmy w hotelu i obowiązkowo (bo taki był cel) wyjazd na Jasną Górę, pobożne paciorki przed cudownym obrazem, trochę zwiedzania i powrót do hotelu.

Skoro świt następnego dnia pojechałem zatankować benzynę, stację benzynową zlokalizowałem wracając z Jasnej Góry do hotelu. Kolejka, chyba 50 samochodów, ale miałem jeszcze szczęście – wypełniłem bak na full – zaczęto już bowiem limitować paliwo. W Cieszynie byliśmy w ciągu dnia (był to 8 czerwca) i z duszą na ramieniu podeszliśmy do kontroli celnej. Kontrola celna w PRL była zawsze ryzykowna, celnicy mogli się do czegoś przyczepić i w przypływie złego humoru celnika zawrócić nas z powrotem. Współczuliśmy innym turystom. Ich cały bagaż leżał na ziemi obok samochodu (na szwedzkiej rejestracji), a celnik zadowolony wracał z biura ze śrubokrętem w ręku. Podobno celnik ma prawo rozkręcić samochód, ale skręcanie już należy do turysty! Do Bratysławy jechaliśmy stosunkowo wolno, teren był górzysty, dużo lasów.

Zbaczając z trasy

W połowie drogi do Bratysławy w lesie skręciłem z głównej trasy w boczną drogę i na najbliższej polance rozbiliśmy namiot, była kolacja, trochę rozmów i spanko.

Rano policzyłem członków rodziny – stan osobowy się zgadzał – uzmysłowiłem sobie bowiem jak nieodpowiedzialny był to wybór miejsca noclegu. Przecież nieznany las, "tyle zwierza w boru (czasem niedźwiedzi) i pełno zbójców na drodze" jak pisał wieszcz. Zapach pożywienia lub naszego potu mógł zwabić każdego drapieżnika. A my zachowaliśmy się tak, jak by to był witomiński lasek, a droga wiodła do Małego Kacka.

W Bratysławie najpierw odwiedziliśmy przychodnię zdrowia – Markówka dostał zapalenia spojówek. Po kilku zakropieniach wszystko było w porządku. Pogoda słoneczna. Zrobiliśmy drobne zakupy – sklepy były nieźle zaopatrzone – obraliśmy kurs do „zielonej granicy" na Wiedeń.

Czescy celnicy zabrali nam w depozyt wszystkie czeskie korony. Pewnie wiedzieli, że Polacy często nie wracali z powrotem. Lepiej byłoby gdybyśmy resztki koron wydali w Bratysławie, tak jak chciała żona. Austriacy sprawdzili tylko dokumenty i życzyli bezpiecznej drogi. Głęboki oddech – byliśmy w wolnej strefie. Powietrze to samo, podobne drogi, ta sama zieleń, a jednak czuliśmy się lżej i bardziej komfortowo. Do Wiednia już niedaleko, pole namiotowe zlokalizowaliśmy łatwo - było blisko głównej trasy. Kemping przyjemnie urządzony, dużo starych drzew, dużo przestrzeni. Namiot rozbiliśmy szybko – chłopcy pomagali skutecznie, choć Tytus trochę się obijał. Słońce chyliło się ku zachodowi, było ciepło. Zaplecze sanitarne – bieżąca woda, prysznice dobrze utrzymane. Wreszcie mogliśmy się zrelaksować, spokojnie coś zjeść, a potem… papierosek przy kawie.

W połowie kawy przywitał nas młody człowiek uprzejmym „Dzień dobry". Był to pan Bogdan – przypadkowa zbieżność imion. Zaczęliśmy pić kawę wspólnie. Pan Bogdan miał duży zasób wiadomości dla nas bardzo interesujących i kształcących. Poznaliśmy dokładną trasę do obozu dla uchodźców w Traiskirchen – 15 km od Wiednia. Po rozstaniu się z Bogdanem (było już późno) postanowiliśmy z żoną, że nazajutrz, nie budząc dzieci, sprawdzimy trasę i zobaczymy jak to wszystko wygląda.

>>> czytaj dalej

Przystanek: Traiskirchen

Przed bramą stosunkowo dużo ludzi, zarówno tych chcących pozostać, jak i tych żegnających. Przeważnie Polacy, ale również dużo Czechów, Węgrów, Rumunów czy Niemców z NRD. Wróciliśmy na kemping, dzieci już się rozbudziły. Zjedliśmy śniadanie, zwinęliśmy dobytek na kempingu i bez specjalnego pośpiechu obraliśmy kierunek na Traiskirchen. Chłopców nie wtajemniczaliśmy zbyt dokładnie w nasze plany, im było wszystko jedno. Byli na wycieczce. Po wstępnych formalnościach, wypełnieniu różnych formularzy, oddaliśmy paszporty i wjechaliśmy na teren obozu. Był to słoneczny dzień 10 czerwca 1981. Na dalsze formalności czekaliśmy w olbrzymiej sali z piętrowymi łóżkami. Chyba przed laty żołnierze poprawiali sobie tutaj tężyznę fizyczną. Wymiary sugerowały, że była to kiedyś sala gimnastyczna. W czasie oczekiwania w tejże sali nasuwało mi się sporo refleksji. Młode czeskie małżeństwo z kilkuletnią córeczką. Ona mocno niesprawna, kaleka – sądzę iż po groźnym wypadku – tuliła płaczącą córeczkę, zaś On zniecierpliwiony jak wilk przemierzał "ósemki". Daj Boże, żeby zostali zaakceptowani do Szwajcarii, która zadeklarowała przyjęcie 2000 uchodźców niepełnosprawnych.

Pewien Węgier poszukiwał nabywcy dla swojej starej Łady, sprzedał ją w końcu za paczkę papierosów Marlboro, a kupcem był pracownik polskiej ambasady. Młody człowiek z Polski do znudzenia opowiadał swoją historię ucieczki przez „zieloną granicę". Pokazywał zadrapania od kolczastych zasieków i podartą koszulę.

Pobyt tymczasowy

W Austrii spędziliśmy ponad pięć miesięcy oczekując na akceptację kraju, który wybraliśmy – Kanady. Mieszkaliśmy w małym miasteczku w pojedynczych pokojach w motelu, grupa nasza liczyła ok. 10 rodzin. Pierwszej niedzieli na mszy proboszcz przedstawił całą naszą grupę, serdecznie przywitał i prosił parafian o ewentualną pomoc, jeśli zajdzie taka potrzeba. Poczuliśmy się znacznie lepiej, gdyż zakotwiczyliśmy na trochę pewniejszym gruncie i teraz mogliśmy już zupełnie otwarcie i legalnie starać się o ewentualny wyjazd do docelowego dla nas kraju. Do momentu opuszczenia Austrii byliśmy objęci przepisami międzynarodowymi jako uchodźcy, ONZ finansował nasz pobyt (wikt i opierunek). Austriacy bardzo sobie to chwalili, niektórzy robili bardzo korzystny biznes.

Przekrój społeczny naszej grupy był dość typowy dla emigracji solidarnościowej. 80 procent to ludzie z wyższym wykształceniem. Dzieci nasze bawiły się we własnym gronie i z austriackimi sąsiadami chodziły do szkoły. Najdłużej pracowałem dorywczo w rzeźni. Była to praca najgorsza pod względem psychicznym (ubój zwierząt) i fizycznym, ale najlepsza pod względem finansowym. Wieczorami uczyliśmy się języka angielskiego. Praca pozwalała zagospodarować wolny czas, dawała możliwość zarobku na bieżące wydatki, mieliśmy bowiem ambicję, żeby nasze dzieci nie odczuły, że nie jesteśmy w stanie zaspokoić ich drobnych dziecięcych zachcianek.
Po kilku interview w ambasadzie kanadyjskiej dostaliśmy wiadomość, żeby przeprowadzić wymagane badania lekarskie. Była to dobra wiadomość, znaczyło to bowiem, że zostaliśmy praktycznie zaakceptowani i wszystko zależy od naszej kondycji zdrowotnej.

Ostateczny cel podróży

W Toronto wylądowaliśmy 2 listopada 1981 roku w godzinach wieczornych, było nas około 20 rodzin. Formalności celne trwały dłużej niż normalnie, ale to zrozumiałe, przecież byliśmy „przybyszami na stały pobyt" z dokumentem landed immigrant, sponsorowani przez rząd Kanady, czyli posiadaliśmy wszelkie prawa obywatelskie, poza prawem do głosowania, które ma obywatel Kanady. Po formalnościach celnych późnym wieczorem zostaliśmy przewiezieni do hotelu w centrum Toronto; mieliśmy zarezerwowane dwa pokoje. Marek z Tytusem, nasi synowie (14 i 9 lat) byli zadowoleni, bo ze względu na różnice czasowe budzili się o 4 rano i oglądali telewizję – dobrze, że nie „wpadli" na kanał dla dorosłych.

Poproszono nas o zgłoszenie się następnego dnia w Biurze Imigracyjnym Kanady, które znajdowało się w bardzo bliskiej odległości od hotelu. Po paru dniach zaczęliśmy poszukiwania mieszkania i ewentualnie dorywczej pracy dla mnie, bo na szkołę językową musieliśmy trochę poczekać. Po trzech dniach pobytu w Kanadzie rozpocząłem pracę jako operator młota wibracyjnego do kruszenia betonu. Po tygodniu musiałem zrezygnować z pracy. Nie opanowałem wystarczająco techniki pracy młotem i po kilku dniach skórę z palców dłoni ściągałem razem z rękawicami roboczymi. Jednocześnie żona poszukiwała lokum – po kilkunastu dniach mieszkaliśmy w trzypokojowym mieszkaniu. W Kanadzie spędziliśmy ponad 25 lat, niczego nie żałujemy, sądzimy, że nam się powiodło. Lata emerytalne spędzamy głównie w Polsce, z dłuższymi pobytami w Kanadzie i po części na Florydzie w okresie zimy.

Ponad 25 lat w Kanadzie to szalenie dużo doznań, refleksji, dbania o polskość i dumę Polaków w odległym kraju. Synowie uważają Polskę za pępek świata, mimo że żyją w innych krajach. Musieliśmy z żoną zadbać również o nasz sukces w nowym kraju w sensie społeczno – ekonomicznym dla siebie i zabezpieczyć edukację naszych dzieci. Udało się, czujemy się spełnieni, niczego nie żałujemy. Teraz oby dalej zdrowie dopisywało.