o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Maria Pałasińska

 

Nie zamieszkałam we Włoszech z powodu zamiłowania do sztuk pięknych albo przyjemnego klimatu, tylko z powodów politycznych. W momencie ogłoszenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku wraz z dwójką moich małych dzieci znajdowałam się w Warszawie, czekając na planowany na następny dzień powrót męża Jacka z Rzymu.

Oboje byliśmy zaangażowani w działalność związanego z KOR-em podziemnego wydawnictwa Nowa, czego konsekwencją były przesłuchania, zatrzymania i rewizje u nas i rodziny. Nasi koledzy i przyjaciele zostali internowani lub się ukrywali. Mężowi w razie powrotu groziło internowanie, więc choć nie działały telefony, za pośrednictwem znajomych dziennikarzy za granicą udało się nam porozumieć i zdecydować, że on zostanie we Włoszech, a ja będę starać się o paszport. Jacek był jednym z założycieli i pierwszym przewodniczącym Komitetu Solidarności powstałego w Rzymie przy federacji włoskich związków zawodowych CGiL-CISL-UIL. Dzięki kontraktowi na współpracę ze znanym włoskim architektem udało mi się uzyskać paszport na wyjazd z dziećmi do Rzymu.

W kwietniu 1982 roku wyjechałam z szarej, bardzo smutnej komunistycznej Warszawy do słonecznego Caput Mundi, ale wtedy nie cieszyłam się tym słońcem, gdyż była to wymuszona, niechciana emigracja

Włoska opozycja

Pierwsze lata były trudną walką o byt, na sztukę nie było wiele czasu. Naturalną kontynuacją działalności podziemnej w Polsce była współpraca poprzez Komitet „Solidarności" z włoskimi związkami zawodowymi, instytucjami, partiami politycznymi wspierającymi „Solidarność" i opozycję w Polsce w czasie stanu wojennego. Dostawałam zlecenia na projekty plakatów i afiszów, które drukowane były w dużych nakładach i rozwieszane w różnych zakątkach Półwyspu Apenińskiego, najwięcej w Rzymie. Przypominały one Włochom, że daleko za żelazną kurtyną jest Polska, cierpiąca, biedna, ale z determinacją walcząca o swoją wolność, niepodległość, demokrację. Moje kilkuletnie dzieci, patrząc na słup ogłoszeniowy w pobliżu placu zabaw i karuzeli, wołały: „Patrz, mamo, nasze plakaty wiszą!".

Plakaty Marii Pałasińskiej przypominały Włochom o toczącej się w Polsce walce „Solidarności”, fot. archiwum prywatne

W 1985 roku związek zawodowy UIL zorganizował w Rzymie wystawę zbiorową, która później objechała wiele włoskich miast - „100 plakatów z całego świata - »Solidarność« żyje – niech żyje »Solidarność«". Moich plakatów było aż 10, ale nie mogłam ich podpisać (najwyżej inicjałami), gdyż w tych czasach nie wiadomo było, jak potoczy się historia i czy rodzina w Polsce nie ucierpi z mojego powodu.

Wystawa zbiorowa „100 plakatów z całego świata - »Solidarność« żyje – niech żyje »Solidarność«, fot. archiwum prywatneOstatnio moje solidarnościowe plakaty znalazły się na różnych wystawach organizowanych we Włoszech (np. „Bibuła – drugi obieg" w Instytucie Polskim w Rzymie oraz „Solidarność" w dokumentach Fundacji Feltrinelli" w Mediolanie i Rzymie) i w Polsce (np. „Koniec Jałty" Ośrodka Karta oraz „Wyłącz system. Sztafeta do wolności. 1976–1989" w Warszawie). We Włoszech plakaty przekazałam Fundacji Feltrinelli, gromadzącej największy poza Polską zbiór dokumentów dotyczących „Solidarności", a w Polsce - Ośrodkowi Karta.

Prace graficzne

Mój pierwszy projekt zrealizowany we Włoszech zawdzięczam nieocenionemu księdzu Adamowi Bonieckiemu. Jako dyrektor polskiego wydania „L'Osservatore Romano" zamówił u mnie plakat reklamujący ten miesięcznik w polskich parafiach na całym świecie. Była to pierwsza praca w moim włoskim portfolio, pustym przez kilka miesięcy, gdyż nie przywiozłam żadnych swoich dokonań z Polski, bo przecież musiałam udawać, że wyjeżdżam tylko na cztery miesiące. A prace, z których najbardziej byłam dumna, wydrukowane były w podziemnym wydawnictwie Nowa, więc wolałam nie ryzykować szmuglowania ich, kiedy wyjeżdżałam z dziećmi. Dwadzieścia lat później za działalność na rzecz wydawnictw podziemnych dostałam Odznakę Zasłużonego Działacza Kultury przyznaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Nie było to łatwe, ale z czasem udało mi się nawiązać kontakty zawodowe w dziedzinie grafiki użytkowej, głównie wydawniczej. Włosi w tamtych latach, mimo ich wielkiej życzliwości i poparcia dla „Solidarności", nie byli otwarci na współpracę z cudzoziemcami ze Wschodu, traktowali nas z niedowierzaniem, wątpili, czy możemy pracować na dobrym poziomie. Wynikało to z ich kompletnej nieznajomości świata zza żelaznej kurtyny, wizja białych niedźwiedzi snujących się po ulicach Warszawy była rozpowszechniona.

Włoskiego dopiero się uczyłam, ale na moje szczęście zawód projektanta graficznego to jeden z nielicznych, który można uprawiać, nie znając dobrze języka. Język grafiki jest prawie uniwersalny, choć w różnych krajach i w różnych środowiskach pewne znaki graficzne mają jednak odmienne znaczenie. Musiałam nauczyć się, jak moje wykształcenie plastyczne z warszawskiej ASP przystosować do gustów włoskich odbiorców, a zwłaszcza do wymagań klientów zamawiających u mnie projekty. We Włoszech w tamtych latach rozwiązania plastyczne zbyt oryginalne, zbyt śmiałe, nie były chętnie przyjmowane. My w Polsce byliśmy przyzwyczajeni do tego, że ważny jest pomysł; że trzeba zaproponować coś inteligentnie wymyślonego, coś nowatorskiego, coś co skłania do myślenia, mniej przywiązując wagę do estetyki. Włoscy zleceniodawcy rozumują odwrotnie: należy tak projektować, żeby odbiorca nie musiał się męczyć, za to estetyka projektu jest zawsze istotna. Musiałam się dostosować, ale usilnie starałam się o znalezienie takich klientów, którzy byli zainteresowani oryginalnymi propozycjami i parę razy miałam szczęście trafić na odpowiednie środowiska.

W latach 80. na zlecenie ambasady litewskiej przy Stolicy Apostolskiej projektowałam plakaty domagające się swobód religijnych i politycznych na Litwie. Wtedy państwo litewskie nie istniało, Litwa była republiką radziecką, jedynie Watykan nadal uznawał niepodległą Republikę Litewską sprzed 1940 roku. Realizacja projektów na rzecz podziemnej Solidarności, czy zniewolonej Litwy dawała mi poczucie użyteczności mojej pracy.

Plakat dopominający się o swobodę wyznania religijnego i polityczną niepodległość Litwy, fot. archiwum prywatne

Współpracowałam z włoskimi wydawnictwami, projektując okładki do książek i czasopism, układy graficzne czasopism i książek, materiały reklamowe i informacyjne.

Interesująca dla mnie była praca dla wydawnictw religijnych, takich jak „Messaggero di sant'Antonio" w Padwie, „San Francesco Patrono d'Italia" z Bazyliki w Asyżu czy dla zakonu Fatebenefratelli w Rzymie. To są bardzo ważne ośrodki kultury katolickiej i ekumenicznej, prowadzące bogatą działalność wydawniczą, skierowaną na cały świat.

Miałam również zaszczyt projektować dla CEI – Konferencji Episkopatu Włoskiego. Moje plakaty i broszury znalazły się we wszystkich włoskich parafiach.

Projekt okładki autorstwa Marii Pałasińskiej, fot. archiwum prywatne W Padwie mogłam podjąć eksperyment projektowania serii wydawnictw religijnych bez odwoływania się do figuratywnej tradycji sztuki chrześcijańskiej. Nawiązując do teorii i praktyki sztuki XX wieku, budowałam kolorem i formą nastrój odpowiadający treściom poszczególnych tematów. Z dużą satysfakcją projektowałam książkowe serie wydawnicze oraz wiele okładek i obwolut do książek i czasopism. Są to projekty, które bardzo lubię, ponieważ są to wydawnictwa religijne, liturgiczne, książki o życiu duchowym, o modlitwie. I choć publikowane były często w bardzo wysokich nakładach, na szczęście nikt ode mnie nie wymagał podejścia czysto ilustracyjnego. W tym punkcie zbliżył się świat religii i świat sztuki. Moja grafika stała się bardzo malarska i uduchowiona.Wykonywane różnymi technikami, charakterystycznymi dla sztuki współczesnej, kompozycje abstrakcyjne przyjęto z dużym zainteresowaniem jako coś zupełnie nowego w tym środowisku.

Projekty okładki autorstwa Marii Pałasińskiej, fot. archiwum prywatne W 1987 roku mój mąż i ja poznaliśmy Alka Rozenfelda, który usiłując reemigrować z Izraela do Polski, zatrzymał się w Rzymie. Aby opublikować wiersze poety-tułacza („Nie bądź mi Polsko macochą") założyliśmy z mężem maleńkie wydawnictwo PSIK editore. Interesowały nas nie tylko sprawy polskie; na przykład we współpracy z innymi wydawnictwami opublikowaliśmy w językach włoskim, francuskim i niemieckim wspomnienia słynnego polskiego himalaisty Jerzego Kukuczki. Zajmowaliśmy się też publikacją tekstów religijnych w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, przeznaczonych do przemycania do Związku Radzieckiego. Wszystkie nasze książki sama opracowałam graficznie, wykonałam też ilustracje.Z przyjemnością projektowałam tomiki poezji dla PSIK-a (robiłam to też dla oficyny Nowa, np. „Krzyże i miecze" Kazimierza Wierzyńskiego). Jeden z wydanych przez nas tomików, „Wygłodzone myśli własne" Marka Lehnerta, wystawiany był w 1998 roku na towarzyszącej Międzynarodowym Targom Książki wystawie „Polska Sztuka Książki" w Warszawie, Krakowie i innych miastach.

>>> czytaj dalej

Ekoreliefy

W latach 90. zaczęłam tworzyć „ecorilievi", czyli ekoreliefy. Słowo relief oznacza płaskorzeźbę, „eko" kojarzy się z ekologią. Chciałam, by moje prace można było nazwać jednym słowem, bez długich wyjaśnień. Tworzone przeze mnie przedmioty-obiekty-artefakty, chociaż nie należą do sztuki użytkowej, są projektowane, czyli są wynikiem charakterystycznych procesów analizy i syntezy. Maluję, ale nie jest to malarstwo w tradycyjnym pojęciu tego słowa, moje kompozycje są trójwymiarowe, ale nazwanie ich rzeźbą nie byłoby precyzyjne. Aby uniknąć skomplikowanych tłumaczeń, wymyśliłam własną nazwę dla mojej techniki: ekoreliefy (po polsku), "ecorilievi" (po włosku) i "ecoreliefs" (po angielsku). Po włosku "eco" oznacza nie tylko „środowisko", ale również „echo". Ekoreliefy są ekologiczne i są echem własnej przeszłości.

Styk natury i sztuki, czyli autorska technika Marii Pałasińskiej – ekoreliefy, fot. archiwum prywatne

Ekoreliefy powstają z idei zachowywania i ponownego wykorzystywania niektórych przedmiotów poprzez przekształcanie ich w dzieła sztuki. Inspirowane naturą, są naturą przetworzoną artystycznie.

Ich geneza wiąże się z moim projektowaniem graficznym: dla wydawnictwa Edizioni Messaggero Padova miałam kiedyś zaprojektować okładkę do książki religijnej dotyczącej Wielkanocy. Wpadłam na pomysł, żeby projekt tej okładki namalować na kawałku drewnianej deski, ponieważ miałam takie skojarzenie: Wielkanoc – drewno Krzyża opowiadające o Wielkiej Nocy. Ten pomysł rozwijałam w innych projektach graficznych. Aż kiedyś w wolnej chwili zajęłam się taką starą deską nie w celu realizacji jakiegoś zamówienia, lecz dla siebie. I odkrył się przede mną fascynujący eko-mikrokosmos...

Twórczość, czyli odzyskiwanie

Moja twórczość jest odnajdywaniem i składaniem różnorodnych elementów otaczającego mnie świata. Z nich powstają nowe formy – ekoreliefy, czyli kompozycje plastyczne będące „artystycznym recyklingiem". Pracuję, tworząc poszczególne ekoreliefy i zestawiając je w cykle: „Martwa Natura", „Ciemna Strona Rzeczy" i „Jasna Strona Rzeczy", „Second Hand Collection".


Cykl ekoreliefów „Second Hand Collection” na ulicach Rzymu, fot. archiwum prywatne

„Second Hand Collection" to cykl ekoreliefów wykonanych z usztywnionych i zastygłych części garderoby, używanych przeze mnie, moją rodzinę i przyjaciół w różnych okresach życia. Dzięki zabiegom artystycznym stare ubrania stają się pięknymi unikatowymi przedmiotami, ale pod warstwami farb nadal tętni w nich poprzednie życie. Zamiast je wyrzucać na śmietnik, próbuję tchnąć w nie nowe życie. Nie ma to nic wspólnego z modą. Uważam ubrania za moją drugą skórę. Eksperymentując na własnej skórze maluję swoje wspomnienia, realizując coś w rodzaju pamiętnika. Jestem wewnątrz i patrzę na siebie z zewnątrz. Moje życie wewnętrzne i życie zewnętrzne przeplatają się i rozdzielają. To dla mnie bardzo ważny rytuał. Specjalny sposób powrotu do siebie. Ubrania, które kiedyś nosiłam, teraz noszą w sobie cząstkę mnie. To moja osobista refleksja nad pamięcią i przemijaniem. Te prace mówią też o sprawach bliskich emigrantom zapuszczającym korzenie w nowym życiu.

Cykl ekoreliefów „Second Hand Collection” na ulicach Rzymu, fot. archiwum prywatne

Na wielu moich wystawach pokazywałam instalację „Walizka" z cyklu „Second Hand Collection". Stara, sfatygowana walizka mojej babci. Stawiam ją na podłodze otwartą, jakby w trakcie pakowania lub rozpakowywania. Panuje w niej chaos, ale przedmioty znajdujące się w niej są tylko pozornie przypadkowe. Stara koszulka podziemnego wydawnictwa Nowa, znaczek Solidarności, peerelowski paszport, z którym przyjechałam do Włoch, moje zdjęcie z malutkimi dziećmi, zdjęcie naszego ukochanego kota. Ubrania, które nosiłam w różnych ważnych momentach życia. Porozrzucane kostki domina, puzzle. Zielony, biały i czerwony – jak włoska flaga i – po części – jak polska. Ta walizka zawiera fragmenty opowieści z trzydziestu lat mojego życia. Jest w niej i moja polskość, i moja włoskość, które się przenikają. Wyjeżdżając przed laty z Polski do Włoch, zapakowałam warszawskie życie w walizkę; później, wracając z Rzymu do Warszawy, dorzuciłam do walizki wiele wspomnień.

Instalacja „Walizka”, a w niej bliskie Marii Pałasińskiej przedmioty, fot. archiwum prywatne

Często fotografuję ekoreliefy poza moją pracownią czy salami wystawowymi galerii. To mój pomysł na street art. Wywożę ekoreliefy na spacer, szukam dla nich odpowiednich miejsc. Obserwuję, jak ekoreliefy współgrają z różnymi pejzażami, czy do nich pasują. Patrzę na reakcje przypadkowych przechodniów i zastanawiam się za Arystotelesem, czy to sztuka naśladuje naturę, czy może natura naśladuje sztukę, jak twierdził Oscar Wilde. Pokazuję tymi fotografiami, jak życie splata się ze sztuką, a sztuka łączy z życiem. Jestem przekonana, że ulica miasta, starożytne ruiny, przydrożne drzewo czy wiejski płot są właściwym miejscem do pokazywania moich prac. Miejsce uzupełnia ich treść, zwiększa sens ich powstania.

Grazie per Roma

Są w Rzymie miejsca, gdzie ludzie umieszczają tabliczki z podziękowaniem za doznane łaski. Per Grazia Ricevuta, P.G.R. Ja mieszkałam w pobliżu takiego muru przy Largo Preneste i wiele razy, niecierpliwiąc się w ulicznym korku, podziwiałam tę intrygującą kompozycję z ludzkich uczuć i potrzeb. Myślałam o sile wyrazu street art - sztuki ulicy i o tym, że z czasem Rzym stał się moim mias

Ekoreliefy w przestrzeni miasta, fot. archiwum prywatne

tem. Postanowiłam więc dołączyć się do ściany P.G.R. jako artystka i umieściłam swoje podziękowanie. Najpierw zawiesiłam dwa drewniane ekoreliefy, jeden z napisem „Grazie per Roma", („Dziękuję za Rzym") i drugi z „Dziękuję" po polsku. Tabliczka z polskim napisem zniknęła po kilku tygodniach, może po prostu była za słabo przyczepiona, a może komuś przeszkadzał niezrozumiały napis. Później umieściłam tam większy ekorelief zadedykowany Rzymowi „a Roma" (podwójne znaczenie: „Rzymowi" i „w Rzymie"). Niedawno sprawdzałam; jeszcze wisi, otoczony nowszymi tabliczkami P.G.R., bo życie w Wiecznym Mieście toczy się dalej.

We Włoszech miałam wystawy indywidualne i zbiorowe w różnych miejscach, często nietypowych i niezwykle malowniczych. Właściwie najmniej lubię wystawiać w tradycyjnych galeriach, wolę pokazywać ekoreliefy w miejscach znajdujących się bliżej prawdziwego życia. Moja pierwsza włoska wystawa miała miejsce w 1985 roku w Vallinfredzie, małej górskiej miejscowości letniskowej z niespełna 200 stałymi mieszkańcami i 4000 letników. Władze miasteczka, organizując różne atrakcje mniej lub bardziej kulturalne z okazji święta Ferragosto (15 sierpnia), udostępniły mi za darmo (wtedy ze zdziwieniem dowiedziałam się, że artysta prawie zawsze musi płacić za wynajęcie sali wystawowej) pusty lokalik sklepowy przy głównym placyku. Okazało się też, że nie tylko mam sama zająć się urządzeniem tej wystawy, ale że mam stale przebywać tam w czasie jej trwania, pilnując prac i odpowiadając na pytania zwiedzających. To było zupełnie nowe doświadczenie, w Polsce wystawy organizowało się inaczej. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, moją małą wystawę zwiedzili chyba wszyscy przebywający w tym czasie w miasteczku, zadawano mi wiele pytań, słuchałam różnych komentarzy, kupiono kilkanaście prac. Taki jarmarczny charakter wystaw jest we Włoszech bardzo rozpowszechniony i później też wielokrotnie uczestniczyłam w podobnych imprezach. Wystawiałam w Tivoli, Carsoli, na zamku w Santa Severa, w Turynie, Mediolanie, Florencji, nad pięknym jeziorem Garda, w prestiżowej Villi Serbelloni w Belaggio nad jeziorem Como, w wielu różnych miejscach w Rzymie. Moja pierwsza rzymska wystawa miała miejsce w feministycznej księgarni na Zatybrzu. Wystawiałam w nieistniejącej już dziś galerii sztuki Navona 42 przy słynnym Piazza Navona. Brałam udział w festiwalu multietnicznym „Sconfinata…mente" i „MIGRA-ART 2005" w Rzymie. Były wystawy zbiorowe polskich artystów, np. w kościele San Andrea przy Kwirynale i w siedzibach obu polskich ambasad (przy Watykanie i w Rzymie). Moje prace wystawiałam również kilka razy w Instytucie Polskim w Rzymie i w polskim konsulacie w Mediolanie.

Tysiąc warstw Rzymu

Chociaż przez pierwsze lata czułam wielką nostalgię typową dla emigrantów, a życie moje niezbyt przypominało dolce vita, pokochałam moją drugą ojczyznę. Włochy fascynowały mnie od zawsze i nie wyleczyłam się z tego w ciągu trzydziestoletniego pobytu. Im więcej miejsc oglądam w świecie, tym bardziej odczuwam piękno tego kraju. Piękno natury i piękno materialne stworzone przez ludzi. Włochy, a zwłaszcza Rzym ukształtowały mnie jako artystkę, uzupełniły moje polskie wykształcenie artystyczne. Zrozumiałam, że rola Piękna w sztuce jest aktualna i nie może ulec przedawnieniu. Sztuka współczesna wiele traci, z niego rezygnując. Współcześni włoscy artyści wizualni szokują i skandalizują, ale nie boją się Piękna, które zapewne mają w genach.

Dla mnie najbardziej magiczne miasto we Włoszech to Rzym, będący przekrojem geologicznym przez kulturę stuleci. Piękny i inspirujący do tworzenia Piękna. To wielki tort millefoglie: warstwy życia przełożone są warstwami sztuki. Warstwy starożytne, średniowieczne, później renesansowe, barokowe… W nich tętni współczesne życie wielkiej metropolii. Teraźniejszość i przeszłość przenikają się wzajemnie. A ja i moje ekoreliefy gdzieś w środku, jak drobne rodzynki.

Włochy miałam już zakodowane w moim polskim DNA. Kiedy pracowałam w Padwie, m.in. dla Bazyliki św. Antoniego, babcia poinformowała mnie, że w bazylice znajduje się polska kaplica, w której w 1558 roku pochowano Erazma Kretkowskiego, kasztelana gnieźnieńskiego i podróżnika. I że to był nasz odległy antenat...

W ostatnich latach mieszkam głównie w Warszawie, ale ponadtrzydziestoletnie włoskie korzenie trzymają mnie mocno na Półwyspie Apenińskim. Mam dwie ojczyzny, dwa paszporty. Czasem śni mi się Rzym, czasem Warszawa. Myślę, mówię, śnię po polsku i po włosku i tak tworzę.

www.mariapalasinska.com
https://www.flickr.com/photos/mariapalasinska/sets