o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Regina Puzyrewska

 

Dzisiaj już wiem, po dwunastu latach życia na emigracji we Włoszech, że moje życie składa się z dwóch egzystencji. W nowym kraju narodziłam się powtórnie, odkryłam i poznałam siebie prawdziwą, ukrytą pod wieloma warstwami konwenansów i przyzwyczajeń. Myślę, że jednak istnieje pewien rodzaj reinkarnacji, zachodzący tu na ziemi, w żywym człowieku, w jego umyśle, sercu i duszy. Moje dorosłe życie zaczęło się w Szczecinie. Toczyło się spokojnie, tu studiowałam, wyszłam za mąż, tu urodził się mój synek. To było moje miasto szczęścia, ale tylko do pewnego czasu…

Król słońce

Mój mąż Kazimierz był starszy ode mnie o 22 lata, profesor uniwersytecki o ogromnej pasji zawodowej i wielkiej energii życiowej. Kochał życie tak jak mnie. Natomiast ja, po ukończeniu Wydziału Rybołówstwa Dalekomorskiego pracowałam jako nauczycielka biologii w szkole podstawowej. Byliśmy szczęśliwi i zakochani, a ludzie patrzyli na nas trochę dziwnie, bo i para z nas – według nich – była dziwna. Nie przeczuwaliśmy zbliżającego się nieszczęścia.

„Mój książę niebieski" zachorował nagle na nowotwór złośliwy żołądka. Po pięciu latach małżeństwa – „maleństwa", bo przecież trwało tak krótko, jak uśmiech chmurki na niebie, zostałam sama z moim półtorarocznym synkiem. Rozpacz, zagubienie, bezradność, strach przed życiem, samotność. To było okropne, niebo nade mną poczerniało całkowicie. Słońca już nie widziałam. Jedyną gwiazdą, jaka do tej pory świeciła mi w życiu, był mój ukochany Kazik – mój król słońce. Spadła na mnie ciemność. Po omacku próbowałam iść do przodu z moim synkiem Remi. Skończyły się stare dobre przyjaźnie i znajomości. Nie byliśmy już nigdzie zapraszani i my już nikogo nie zapraszaliśmy do naszego smutnego domu.

Stałam się teraz tylko biedną wdową z dzieckiem, już nie panią profesorową. Wiele osób może nie dopuszczało do siebie myśli, że nasze małżeństwo może mieć coś wspólnego z miłością. No cóż, patrzyli tylko oczami, a nie sercem i duszą.

To był rok 1990, było wówczas ciężko. System polityczny zmieniał się i moje życie też się zmieniało. Na bardziej szare, smutne, samotne, zgorzkniałe. Przeczuwałam, że nadchodzi czas ogromnych zmian ekonomicznych, wymagających siły przetrwania i przedsiębiorczości. Czekanie na zmiany na lepsze było bez sensu. Pracowałam nadal w szkole, zajmowałam się synkiem. W nocy płakałam i rozmyślałam. Te myśli krążyły wokół mnie jak psy na uwięzi, szczekały i wyły, gryzły moje serce.

Ucieczka z mroku

Instynktownie czułam potrzebę radykalnej zmiany, jakby chirurgicznego odcięcia części niefunkcjonującej normalnie. Zdecydowałam się wyjechać z mojego ukochanego Szczecina, z kochanego domu, z kochanej ulicy, wyjechać od mojego szczęścia, które stało się teraz nieszczęściem, koszmarem. Postanowiłam zmienić mój los i w ten sposób oddalić się (tylko fizycznie) od moich kochanych stron rodzinnych, aby nie oglądać ich codziennie i nie cierpieć. Bolały mnie wszystkie dni. Bolało mnie wstawanie rano z myślą o całym dniu przede mną bez niego, bez mojego Kazika. Cierpiało moje serce, gdy wyglądałam z mojego balkonu nie widząc jego, gdy wraca z uniwersytetu. Płakało mi serce, gdy spotykałam ludzi, którzy go znali. Bolały mnie ulice, po których niegdyś spacerowaliśmy zakochani. Ten ból wewnętrzny zrodził we mnie myśl ucieczki do innego miejsca, do kraju, w którym mogłabym sobie odpocząć od koszmarnych wspomnień. W tym momencie moje dawne dziecięce marzenia o ciepłych krajach, o podróżach, zaczynały nabierać realnych kształtów. Jakiż ten los dziwny, jakże jest przekorny, tajemniczy i nieoczekiwany.

>>> czytaj dalej

Skontaktowałam się pisemnie z rodziną zaprzyjaźnioną we Włoszech, we Florencji. Znaliśmy się tylko z korespondencji listowej. Odpowiedzieli mi z entuzjazmem i od razu rozpoczęłam po cichutku sama uczyć się języka włoskiego, tak w tajemnicy, trochę z ciekawości, z potrzeby ducha, ponieważ język ten zawsze mi się podobał i przyciągał. Jest taki romantyczny, melodyjny, kolorowy, żywy, słoneczny. Sprawiało mi wiele radości i przyjemności, gdy zasiadałam nad podręcznikiem. Znów czułam się jak studentka z dawnych lat. Czytanie po włosku wprowadzało mnie w inny, piękniejszy świat. Byłam wtedy taką romantycznie smutną wdową. To była moja odskocznia od szarej codzienności, od problemów, które coraz bardziej mnożyły się we wszystkich aspektach życia. Myślę, że ta moja ówczesna myśl o wyjeździe uratowała mnie od psychicznego załamania. Coś we mnie szeptało – muszę wyjechać daleko, daleko, aby rozpocząć życie od nowa, z tym samym cierpiącym i zakochanym sercem. Odnajęłam mieszkanie innym osobom na pewien okres, z myślą o późniejszym powrocie. Nie zwolniłam się też całkowicie z mojej pracy. Nie chciałam stracić kontaktu z moją szkołą, koleżankami. Po prostu wzięłam długoterminowy urlop. Przyznam się, żal mi było opuszczać moje środowisko nauczycielskie, dobrze w nim się czułam, byłam lubiana i szanowana. Ta praca sprawiała mi wiele satysfakcji.

Krok na księżycu

Wreszcie przyszedł moment wyjazdu do ciepłych krajów. Cieszyliśmy się z moim synkiem jak dwoje małych chłopców z książki pt. „O dwóch takich, co ukradli księżyc" (nie pamiętam już czyjego autorstwa). Nam się też wydawało wtedy, że zdobyć ten księżyc to jest łatwa sprawa…

Byłam pełna nadziei na lepsze jutro, nieświadoma tego, co może się zdarzyć. Ciekawość świata przesłoniła mi całkowicie strach przed problemami zaaklimatyzowania się w nowym środowisku. Wyjechaliśmy do Włoch samolotem, pierwszy raz w życiu. Lecieliśmy po niebie na południe, gdzie cieplejsze świeci słońce. Pragnęłam bardzo tego słońca, tego ciepła, na ciele i na duszy. Moje serce, chociaż obolałe, chciało żyć i kochać dla synka. Prawdziwa miłość nigdy nie umiera, żyje wiecznie, trzeba się tylko o to starać, działać i wspinać się ku wyższym celom, wynajdować nowe drogi. Moja droga prowadziła w dół mapy geograficznej.

Pamiętam jak dziś mój pierwszy krok na lotnisku, jak pierwszy krok na księżycu. Był lipiec, strasznie gorąco, 40 stopni, nie mogłam wziąć oddechu, prawie dusiłam się z gorąca. Pomyślałam sobie, że teraz to już przesadziłam z tym upragnionym ciepłem. Znalazłam się w moim wymarzonym świecie. Włoska rodzina przywitała nas bardzo serdecznie, tak po włosku, z buziakami i uściskami, głośnymi uśmiechami. Padało wiele słów, ale nie potrafiłam od razu poskładać ich sensu. Zgadywałam intuicyjnie, co mówili. W tym momencie czułam się jak wolny ptak, z dala od wspomnień i polskich problemów.

Włoski czas

Pierwsze dni naszego pobytu w nowym otoczeniu były pełne wrażeń. Dni przewijały się szybko i intensywnie jak w kolorowym filmie. Prawie codziennie wyjeżdżaliśmy do nowego miasta, do innych miejsc, chodziliśmy na plażę. Wszystko było interesujące, ekscytujące – całkiem inny rytm życia, inny rytm posiłków, mentalność ludzi, ich spontaniczność i nieskończona energia życiowa. Włosi posiadają piękny uwodzący, szczery uśmiech, którym hojnie obdarowują wszystkich dookoła. Nadmienię taki mały szczegół - na początku nie mogliśmy się przyzwyczaić do obiadu o godzinie 13, dla nas było za wcześnie. Potem jest tradycyjna sjesta poobiednia, poświęcona zwykle na odpoczynek, drzemkę. My – to znaczy ja i mój synek Remigiusz – robiliśmy wtedy spacery po opustoszałym o tej porze mieście. Zwiedzaliśmy centrum historyczne, zabytkowe uliczki i tylko my byliśmy żywymi istotami poruszającymi się po tej śpiącej albo wymarłej planecie. Upał afrykański, a my nic sobie z tego nie robiliśmy, chodziliśmy i śmialiśmy się z Włochów.

Ale to było wszystko do czasu, bo i my powoli, powoli zmęczyliśmy się i też zaczynaliśmy sobie odpoczywać. Ach, i te wspaniałe potrawy włoskie, smaczne, pełne fantazji, szybkie do ugotowania. W Polsce na przygotowanie obiadu potrzebowałam prawie całe przedpołudnie, tutaj wystarczy 30 minut i już jest pronto – tj. gotowe. Sama wygoda i luksus dla kobiety! Natomiast konsumpcja obiadu czy włoskiej kolacji potrzebuje więcej czasu, spędzanych o wiele przyjemniej. Ten moment dnia jest prawie świętym obowiązkiem rodzinnym. Dzięki temu uczestniczy się w biesiadach dwa razy dziennie, rozmawiając, układając plany na następne dni. Tu dyskutuje się i delektuje jedzeniem. Czyż to nie jest wspaniałe? Czuje się, że żyje się naprawdę, a nie biegnie się po zmęczenie. Żyłam jak w innej epoce, takiej kolorowej, gwarnej, towarzyskiej, roześmianej. Zauroczyła mnie ta szczególna bezpośredniość i szczerość w rozmowach, nawet w pierwszym kontakcie. Na początku, gdy obserwowałam Włochów żywo dyskutujących, podejrzewałam ich o kłótnie. Potem zrozumiałam, że to tylko taki spontaniczny poryw w wyjaśnianiu sobie spraw za pomocą głosu i rąk. Są mistrzami gestykulacji. Mogliby być wspaniałymi dyrygentami orkiestry. Czy można nie zakochać się w takich wielkich małych rzeczach? Ich grzeczność i gościnność jest podobna do naszej polskiej i chyba dlatego my, Polacy, czujemy się tu jak u siebie w domu.

Czułam się oszołomiona tym niezmiernym bogactwem natury, sztuki, włoskiej tradycji. Także mój stan zdrowia znacznie się polepszył. Przestałam zapadać na ciągłe zapalenia oskrzeli, przeziębienia. Suchy, ciepły włoski klimat sprzyjał nam zdrowotnie. Tak jak w moim mężu zakochałam się od pierwszego wejrzenia, tak i teraz znów historia się powtarza, tylko z innym bohaterem. Są nimi słoneczni ludzie w słonecznym państwie, lubiący się śmiać i zapominać to, co smutne. Włoskie słońce rozgrzało mi duszę i serce, napełniło mnie nadzieją, że znów powrócę taka jak niegdyś – wesoła i optymistyczna. Moja romantyczna dusza odnalazła swoją bliźniaczą duszę. Tak minął pierwszy rok naszego pobytu u włoskiej rodziny. Nie zaznaliśmy żadnych problemów w zaadoptowaniu się. Rodzina nas kochała i lubiła. Mieszkaliśmy wszyscy w jednej willi (dwaj bracia, ich żony, prawie dorosłe dzieci), nieopodal znajdowała się ich fabryka tekstyliów. Pomimo zamożności byli skromni i chętni do pomocy innym, bardzo religijni.

Powrót do Polski

Spędziliśmy ten rok w taki sposób sielankowy i beztroski. Remi zaczął pięknie mówić po włosku i całymi godzinami rozmawiał z tymi nowymi wujkami i ciociami. Był uwielbiany, rozpieszczany różnymi zabawkami, spełnianiem wszystkich zachcianek. Rzeczywiście czułam się jak królowa z małym księciem. Moje imię Regina po włosku znaczy właśnie królowa. Śmiesznie mi było i jednocześnie wesoło, gdy Włosi zwracali się do mnie – pani królowo, do mnie, pochodzącej z kraju komunistycznego. Ale w pewnym momencie zaczęłam się czuć jak ptak w złotej klatce. Uzależnienie ekonomiczne od nich zaczynało mi trochę ciążyć. Nie byłabym w stanie wytrzymać tego stanu zawieszenia. Jestem przyzwyczajona do pracy, stanowiącej część naszego życia, która wybija jego rytm. Brakowało mi poczucia własnej wartości i satysfakcji z tego, co robię. Potrzebowałam poczucia spełnienia. Niestety, nie pozwolono mi pracować, ponieważ to byłoby sprzeczne z ich poziomem życia socjalnego. Miałam być honorową una signora – tj. panią, a nie pracownicą. Jednak ja pochodzę z kraju, w którym była zasada, że to właśnie praca przynosi honor. To chyba mamy wszyscy we krwi. Znów zdecydowałam się na zmianę, na wyjazd do innego miasta i rozpoczęcia od nowa. Włoska rodzina przyjęła tę naszą wiadomość z uczuciem ogromnego zdziwienia. Było im przykro z tego powodu, ale nam także było smutno. Przyzwyczailiśmy się do nich, pokochaliśmy ich i ich dom, miasto, sąsiadów z ulicy. W momencie pożegnania czułam się fatalnie. Wiedziałam, że mi będzie ich brak ale byłam zdeterminowana w swej decyzji. Kontynuowaliśmy naszą pielgrzymkę. Przekorny jest ten los człowieka, albo to może sam człowiek jest przekorny? „Gdy masz zęby to nie masz co jeść, gdy masz co jeść, to nie masz zębów". Znaleźć pracę to nie lada wyzwanie, zwłaszcza dla samotnej matki z dzieckiem.

Zastanawiałam się już nad powrotem do Polski. Wróciliśmy do mojej mamy, bo tylko ona nam jeszcze została na tym świecie. Spędziłam u mamy kilka tygodni, zastanawiając się nad moją obecną sytuacją, nad tym co już wiem, rozmyślając nad tym co było, programując mój następny krok. Cieszyłam się jak mała dziewczynka, że już jestem u siebie, na swojej ziemi, tak bardzo utęsknionej. Brakowało mi polskiego widoku ludzi i krajobrazu. Chodziłam po mojej ulicy zaglądając w twarze znajomych jakby chcąc odgadnąć ich polskie myśli, których także byłam spragniona. Oddychałam polskim powietrzem, oczy moje kładły wzrok na polskie rzeczy, swojskie, należące do mnie, do Polki. Ale to właśnie taka to natura człowieka, że ciągle tęsknimy do tych miejsc, które są daleko. We Włoszech tęskniłam za Polską, w Polsce tęsknię za Włochami. Jak uspokoić tę paskudną i rozpieszczoną duszę? Gdy tylko usłyszałam jakąś włoską piosenkę w radiu, to od razu wybucham płaczem. Walczyłam z tą moją rozdartą duszą. Po nocach modliłam się o odpowiednią decyzję dla mnie. Starałam się zrozumieć sama siebie, czego chcę, jakie są moje możliwości. Zdecydowałam: zaryzykuję jeszcze raz, jeśli jest gdzieś moja ziemia obiecana, to prędzej czy później dotrę do niej. Byłam wolna i lekka, pragnęłam lecieć daleko, coraz wyżej do gór możliwości, tak jak orzeł. Powiedziałabym, jak orzeł polsko – włoski.

Postanowiłam zwrócić się o pracę do znajomych we Włoszech. Jak to dobrze mieć znajomości, ale trzeba też je umieć utrzymywać, hodować jak kwiaty w doniczce. Dzięki mojej pasji epistolarnej zawsze miałam pod ręką jakiś dobry adres. W Polsce jako nauczycielka w szkole podstawowej zarabiałam grosze, za mało na utrzymanie domu, mojego synka i samej siebie. Przeczuwałam nadchodzące ciężkie czasy. Nie mogłam liczyć na żadne ulgi od państwa z racji bycia wdową z dzieckiem, tak jak to było niegdyś w czasach komunistycznych. Osoby poszkodowane przez los były wówczas pod protekcją państwa. Teraz nadeszły czasy dla przedsiębiorczych, dla ludzi z inicjatywą, z fantazją „praktyczną", patrzących w przyszłość, a nie na ręce, które dają. Przed wyjazdem wykonałam kilka formalności urzędowych związanych z moim domem, z moją mamą, także wdową. W pewnych chwilach zdaje się, że i los się dziedziczy…

Rodzeństwa nie mam, więc wielkiego pożegnania nie było. Jeszcze jedna wizyta na grobie mojego męża, modlitwa o wstawiennictwo, łzy smutku i nadziei. Wyjechałam autobusem, najpierw do Florencji, gdzie oczekiwali mnie znajomi. Moja pierwsza praca polegała na opiekowaniu się staruszką. Mieszkałyśmy w górach, w San Godenzo niedaleko Florencji. Czułam się u niej bardzo dobrze, szanowana i lubiana przez tamtejszych mieszkańców. To były jakby piękne wczasy połączone z pracą. Były dni lżejsze i cięższe, wiadomo, że melancholia gryzie często na obczyźnie. Brakowało mi bardzo mojego synka, którego zostawiłam u mojej mamy na czas, kiedy znajdę mieszkanie we Włoszech. Przecież szukałam ciągle nowego miejsca na gniazdo. Pragnęłam znaleźć jakieś spokojne miasto, w którym znalazłabym pracę dającą mi satysfakcję. Opiekę nad staruszką traktowałam jako zajęcie przejściowe. Ta praca wymaga wiele cierpliwości, aż do bólu.

Włochy po raz drugi

Pracowałam w różnych miastach: we Florencji, Genua, Torino. Ten okres traktuję jako jeszcze jedno doświadczenie życiowe, które mnie nauczyło oceniać ludzi, sytuacje. Poznawałam coraz głębiej psychikę i mentalność tego kraju. Poznałam wielu ludzi, dobrych i złych, widziałam wiele sytuacji, które mogłyby uchodzić za film Felliniego. Żyłam, pracowałam, obserwowałam, cieszyłam się, radowałam, cierpiałam i szłam do przodu jak żołnierz. Starałam się nie poddawać złym nastrojom, rozczarowaniom, zniechęceniu. Walczyłam o przetrwanie jak w misji, o dobrą pracę, o dobrą opinię, bo to jest podwójnie ważne na obczyźnie. Walczyłam sama ze sobą, gdy w moich myślach zaczynały przypływać czarne chmury. Wtedy przekłuwała je igła mojego ostrego rozsądku, dawałam im czas na wypłakanie się i w końcu osiągałam pogodę ducha.

Często rozmawiałam w myślach sama ze sobą, nakazywałam sobie samej, co mam robić, przekonywałam siebie, podtrzymywałam na duchu, że nie warto poddać się złośliwości ludzkiej na ich pociechę. Tak się hartowała moja duchowa stal. Trzeba się szanować i kochać, dać to do zrozumienia innym. Nie należy okazywać słabości (choćby zewnętrznie), bo w przeciwnym razie zostajesz ofiarą. Ta zasada nie dotyczy prawdziwych przyjaciół. Trzeba być pewnym siebie i swoich decyzji, zdeterminowanym. Aby zostać zaakceptowanym w nowym środowisku, trzeba okazać się mocnym życiowo. Dzięki tej mojej włoskiej pielgrzymce poznałam siebie, mój charakter, moją wytrzymałość i moją zaradność życiową.

W Polsce w czasach mojego małżeństwa byłam opatulona szczelnie od złych wiatrów życiowych. Wiele rzeczy nie widziałam i z wielu rzeczy nie zdawałam sobie sprawy. Byłam jak mała dziewczynka w zaczarowanym ogrodzie. Tu we Włoszech ten świat się odczarował całkowicie, odsłoniła się naga prawda o życiu jak kurtyna w teatrze. Istnieje także zakłamanie, brak litości, okrucieństwo. Ale w każdym ogrodzie rosną nie tylko chwasty, ale także piękne kwiaty o kolorach uczuć miłości i zapachu nadziei. Należało tylko umieć rozróżnić jedne od drugich. Więc zbierałam te dobre doświadczenia, zbierałam dobre przyjaźnie z nadzieją na lepsze jutro. Tak poznałam pięknych, wspaniałych ludzi jak kwiaty, którzy mi pomogli, zrozumieli mnie, pokochali. Wreszcie nadszedł czas na sprowadzenie do Włoch mojego synka. Cóż to była za festa - święto! Byliśmy w siódmym niebie, a może i w ósmym. Znów będziemy mieć to samo słoneczko razem nad nami.

Synek zaczął chodzić do włoskiej szkoły, w której został zaakceptowany od razu. Otrzymał włoskiego opiekuna do pomocy przy odrabianiu zadań domowych. Włoskie państwo zwraca mi koszty za podręczniki szkolne, stołówkę, wycieczki szkolne. W ten sposób mógł zwiedzić swoją drugą ojczyznę. Czy ja w Polsce byłabym tak traktowana? Tutaj państwo pomaga matkom samotnie wychowujących dzieci. Obecnie mój syn, już nie synek, jest wyższy ode mnie, ma 18 lat, jest już prawie mężczyzną, Polak i Włoch w tej samej skórze. Poza domem rozmawiamy po włosku, natomiast w domu tylko po polsku. Remi lepiej mówi po włosku, ja natomiast lepsza jestem w języku polskim. Gdy mamy jakiś problem językowy, to wymieniamy się poradami. Pamiętam, gdy któregoś dnia oglądając polski film w TVP Polonia nie zrozumiał jednego zdania. Chodziło o polskie słowo „strumyk", więc wyjaśniałam jego znaczenie po włosku. Śmiejemy się wtedy z samych siebie. Uczęszcza do instytutu turystycznego i w przyszłym roku czeka go włoska matura. Gra namiętnie na basie. I często występuje ze swoimi kolegami na różnych muzycznych wydarzeniach w naszym mieście i w innych miejscowościach. Z biegiem czasu robi się coraz bardziej podobny do swego ojca. Rzeczywiście dopiero teraz widzę jak wyglądał w młodości mój mąż, ponieważ poznałam go już w wieku średnim. Im więcej czasu mija od śmierci męża, tym bardziej go kocham, myślę o nim bez cierpienia, wspominam, ale tak już spokojnie, niedramatycznie.

Góry i spełnienie

W międzyczasie sprzedałam nasze mieszkanie w Szczecinie i kupiłam we Włoszech, z pięknym widokiem na góry i na miasto. To była chyba opatrzność boska, że jeszcze zdążyliśmy załatwić to płacąc we włoskach lirach. To dzisiejsze euro podwyższyło ceny podwójnie. Osiedliliśmy się w Marche, pięknym krajobrazowo regionie, usłanym wzgórzami a na szczycie każdego wzgórza są zbudowane miasta ze średniowiecznymi murami obronnymi. Wyglądając z okien naszego domu widzimy z dala inne zabytkowe miasta na wzgórzach, jak w bajce. W nocy te miasteczka są tak pięknie oświetlone, że ma się wrażenie całorocznej (nie tylko noworocznej) szopki bożonarodzeniowej. Zagnieździliśmy się tutaj na dobre i na złe, jak w małżeńskiej przysiędze wierności. Uczęszczałam na wiele kursów profesjonalnych finansowanych przez Unię Europejską, m.in. kursy komputerowe, kursy języka angielskiego, kursy pośrednictwa kulturowego, wszystkie bardzo przydatne dla nas obcokrajowców. Moja nowa praca w hotelarstwie sprawia mi wiele radości i satysfakcji. Poznałam i dalej poznaję wielu wspaniałych ludzi. Moja praca wymaga, abym była zawsze uśmiechnięta i pogodna, na co mogę sobie pozwolić bez przymuszenia.

Staram się dać mój skromny wkład w życie kulturalne regionu. Przetłumaczyłam z języka polskiego dwie książki – jedną o wyzwoleniu Ankony (stolica Marche) przez polskich żołnierzy Andersa, drugą o operacjach wojennych II Korpusu Polskiego w sektorze adriatyckim. Współpracuję z lokalnym radiem "Nuova Macerata" w programie pt."Cari amici" – „Drodzy przyjaciele" oraz „Senti chi parla" – „Posłuchaj, kto mówi". Przedstawiam w nich wszystko to, co mi w duszy i sercu siedzi oraz to, co mnie interesuje – historię, polska kulturę, polskie tradycje, poezję, książki, muzykę. Przedstawiam wspólne cechy polsko – włoskie, nasze wzajemne przeplatanie się historyczne. Nadaję polskie piosenki. Kontakt ze słuchaczami sprawia mi wielką radość, mieszkańcy często dzwonią do redakcji z podziękowaniami. Angażuję się w działalność organizacji polonijnej na terenie Marche, a także Loreto. Moi włoscy przyjaciele stali są dla nas jak nowa rodzina. Odwiedzamy się i pomagamy sobie wzajemnie. Dwa razy byłam w szpitalu, przeszłam poważne operacje związane z transfuzją krwi. Wszyscy przychodzili mnie odwiedzać dniem i nocą. Nigdy nie byłam sama. Lekarze i pielęgniarki dziwili się na tak częste wizyty, że ja, straniera – cudzoziemka znam tylu dobrych ludzi. W czasie mojego pobytu w szpitalu Remi był zawsze zapraszany do włoskich domów na spanie i jedzenie. Błyskawicznie zyskiwał sympatię.

Jako wdowa z dzieckiem mam wiele ulg w opłatach mieszkaniowych i medycznych. Tutaj miłość i szacunek ludzi zdobywa się tym samym, odpowiadając im miłością za miłość. Miłość mojego męża odżyła właśnie w odwzajemnionej miłości nowych ludzi i drugiej ojczyzny.

Dożywotnia tęsknota

Nie należy nigdy tracić wiary w ludzi i w Boga, zwłaszcza na obczyźnie. Często-gęsto tęsknię za moją pierwszą ojczyzną. To jest choroba, z której się nie wyleczę. Staram się żyć z nią w zgodzie. Oglądam codziennie polskie programy satelitarne, czytam prasę i polskie książki w Internecie. Chętnie powracam do polskiej klasyki, do Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza i wielu innych pisarzy i polskich poetów. Dzisiaj Internet to prawdziwy zbawca dla takich romantyków na obczyźnie jak ja. Teraz z perspektywy czasu zadaję sobie pytanie, czy gdybym wcześniej przewidziała na jakie problemy napotkam, to czy wyjechałabym? Prawdę mówiąc, chyba nie odważyłabym się. Ale to właśnie dzięki nieświadomości i nieznajomości przyszłości, ta dziecięca odwaga przypina nam skrzydła do lotu i wtedy ryzyko staje się słodkie jak miód marzeń, które mogą się spełniać, gdy tylko tego zapragniemy.